Czyli o przemijającym sierpniu, pestkach, powidłach i pewnych niespodziankach ukrytych w śliwkach.
31 sierpnia jest trochę podejrzanym dniem.
Niby nic szczególnego się nie dzieje. Słońce nadal potrafi świecić, termometr jeszcze nie wie, że powinien zacząć zachowywać się bardziej jesiennie, a kalendarz uparcie twierdzi, że lato przecież nadal trwa.
A jednak coś się kończy.
Wakacje.
I nieważne, czy ostatni szkolny dzwonek słyszeliśmy dwa lata temu, dwadzieścia lat temu czy jeszcze dawniej. Granica pomiędzy sierpniem a wrześniem nadal ma w sobie coś dziwnego.
Lipiec i sierpień pozwalają trochę zwolnić. Ktoś jest na urlopie. Ktoś właśnie z niego wrócił. Ktoś wyjeżdża jutro. Pewne sprawy można bez większych wyrzutów sumienia przesunąć, bo przecież...zajmiemy się tym po wakacjach.
Problem z 1-szym września polega na tym, że nagle okazuje się, iż owo tajemnicze „po wakacjach” właśnie nadeszło.
Umysł, który przez chwilę próbował funkcjonować na nieco wolniejszych obrotach, otrzymuje więc bardzo subtelny komunikat:Dobrze. Koniec tego dobrego.